poniedziałek, 27 stycznia 2014

Makaron z tuńczykiem i pomidorami .



Przepis bardzo prosty, nie wymagający większych zdolności kulinarnych i co najważniejsze – ekspresowy. Taki właśnie jest mi dzisiaj do szczęścia potrzebny. Jako że oczekując na pewną ważną wiadomość, zatraciłam poczucie czasu, to pewna ulubiona rzecz małża w popularnej dzisiaj nazwie „lunch box” nadal świeci pustkami, zamiast być wypełniona aromatycznym i zdrowym (rzecz jasna) obiadem. Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak nadrobić stracony czas i przy minimum energii oraz maximum wydajności wyprodukować coś, co zasyci, będzie smaczne, zdrowe i nie pochłonie reszty wieczoru, jaki mi jeszcze pozostał.

Nie pretenduję do roli perfekcyjnej pani domu ani perfekcyjnej żony, ale skoro Pyton zarabia sam (jeszcze) na ten cały cyrk i moje kulinarne fanaberie, to porządna miska z ciepłą strawą należy mu się, jak psu buda, żeby o misce znowu nie wspominać. Wybór padł na makaron z tuńczykiem i pomidorami, które to grają główne skrzypce. Cała reszta była tym, co mi w duszy zagrało i w lodówce na widoku stało. Staram się gotować zdrowo, więc przykładam dużą uwagę do doboru produktów. Postaram się w miarę wolnego czasu wtrącać odrobinę informacji na temat dietetyki, a właściwie produktów, które spożywamy bądź powinniśmy spożywać. To takie moje małe zboczenie ostatnimi czasy, ale ja lubię być zboczona :) Zatem makaron praktycznie zawsze wybieram albo z pszenicy durum, albo ten zdrowszy – pełnoziarnisty. Ten „durumowy” jest zdrowszy od zwykłego z maki pszennej, ponieważ jest robiony z semoliny, którą uzyskuje się z twardej pszenicy i wykorzystuje również zbożowe kłosy. Ma on więcej wartości odżywczych niż ten ze zwykłej pszenicy, bo zawiera więcej witamin, błonnika i składników mineralnych. Wydawałoby się super, ale ten pełnoziarnisty mimo wszystko bije go na łeb. Zapewne słyszeliście już albo czytaliście, że najbardziej zdrowe są te produkty, które są najmniej przetworzone. A mąkę pełnoziarnistą uzyskujemy z wysokiego przemiału, co pozwala zachować jak najwięcej cennych minerałów i witamin. Pyton jest obrzydliwie wybredny. Mówi, że to moja wina (WTF?) Swojego czasu widok pełnoziarnistego makaronu powodował bunt przeciwko potrawie. Spróbował raz, potem drugi i... hmmm....smakuje tak samo, tylko mniej wyględny jest. Zatem domowe posiłki można urozmaicić tym ciemnym, a na insze okazje podawać ten z pszenicy durum. To chyba tyle z „mądrości”, więc do dzieła:



Składniki:

  • ok. 200-250 g makaronu ugotowanego al dente – u mnie dzisiaj farfalle, ale może to być makaron fusilli, tagliatelle, penne bądź jakikolwiek Wasz ulubiony
  • średnia cebula drobno posiekana, najlepiej ze 2 szalotki, ale ja użyłam zwykłej
  • 3 ząbki czosnku
  • puszka tuńczyka w kawałkach (sałatkowy się nie nadaje), najlepiej w oleju
  • puszka pokrojonych pomidorów - latem polecam świeże, ale zimowe są na ogół bez smaku
  • sól do smaku
  • świeżo zmielony pieprz do smaku
  • zioła wg upodobań, dzisiaj użyłam mieszanki tymianku z oregano oraz słodkiej papryki
  • sok z połowy limonki, zwykła cytryna tez da radę
  • ok. 1/3 łyżeczki cukru trzcinowego do smaku, można zastąpić białym, ale jest mniej zdrowy
  • dodatkowo dzisiaj dodałam paczkę świeżego szpinaku Baby
  • 1 średnia cukinia pokrojona na wstążki – najlepiej zwykłym obierakiem do warzyw


Opcjonalnie sos można wzbogacić śmietaną. Wiadomo, że kremówka najlepiej to czyni, ale ja staram się odchudzić kuchnię, więc dodaję spory chlust pewnie około 100-150 ml śmietanki UHT 10%.

Przygotowanie:

Rozgrzewam patelnię i wlewam olej, który pozostał po tuńczyku plus chlust oliwy. Tuńczyka staram się kupować dobrej jakości. Wtedy i mięso jest w większych kawałkach a nie w formie brei i olej, którego użył producent będzie lepszej jakości. Można też użyć tuńczyka w sosie własnym, wtedy potrawę smażymy na większej ilości oliwy (najlepiej). Moim hitem jest olej rzepakowy z pierwszego tłoczenia, tłoczony na zimno, czyli mniej więcej polska wersja oliwy Extra Vergine. Na patelni podsmażam cebulę. Jak się zeszkli dodaję czosnek – posiekany drobno, starty na tarce bądź przeciśnięty przez praskę. Gdy aromaty już się uwolnią i połączą – o mmmmamo, to jedno z moich najprzyjemniejszych doznań okołonosowych – wrzucam szpinak. Szpinak Baby jest drobny, więc dodaję go w całości. Gdy mam większe okazy to kroję je na długość około 5 cm. Po chwili dokładam listki cukinii. Mieszam, chwilkę karmelizuję jeszcze i dorzucam pomidory oraz zioła. Gdy cukinia będzie al dente, można dołożyć tuńczyka oraz zacząć doprawianie. Czas smażenia zależy od indywidualnych preferencji w kwestii jędrności warzyw. Zatem każdy powinien go dostosować do swoich upodobań. Może to być 10, 15 a nawet 25 minut. Ja osobiście wraz z osobistym gadem skłaniamy się ku dłuższej obróbce termicznej. I to już cała tajemnica potrawy, która jest tak smaczna, że po konsumpcji zawsze czuję niedosyt.


Małż na jutro zagospodarowany i głodem nie przymrze. Tak to ja lubię. I to bardzo!

Wypadałoby dodać jakiś wstęp...

Nastały czasy, gdzie z każdego zakątka internetu spoglądają na nas wszelakiej maści i uzębienia blogi i można niemalże poczuć, że kto nie bloguje, ten nie żyje. Ja żyć chcę, zatem idę z duchem czasu i zaczynam przelewać swoje drobne sukcesy, porażki oraz całą masę otaczających mnie rzeczy na papier. Tfu... na klawiaturę. 

A tak szczerze, to pomysł ten zrodził mi się pewnego dnia, gdy po raz kolejny usiłowałam sobie przypomnieć coś, co ugotowałam jakiś czas wcześniej i co wspólnie z moim gadem, zwanym czasami pieszczotliwie Pytonem oceniliśmy jako "do powtórki". Uwielbiam gotować, chyba jeszcze o tym nie wspominałam. Kilka lat temu mianowałam siebie osobiście garkotłukiem i dzielnie wywiązuję się z zadań, które się wiążą z tym jakże nobliwym tytułem. Zatem szukam przepisów, inspiracji, pomysłów itd., a potem szaleję w kuchni i wyżywam się na wszelakiej maści produktach i przyprawach, które wielbię pasjami. Ale o tym będę wspominać w miarę rozwoju blogowej akcji, o ile się rozwinie i nie zdechnie śmiercią naturalną, okraszoną mym lenistwem i słomianym zapałem. Za każdym razem, kiedy odnosiłam swój mały, kulinarny sukces, solennie obiecywałam sobie, że spiszę dla potomności przepis, co, jak i z czym zrobiłam. Żeby nie było - nie mam złudzeń, że progenitura moja będzie chciała się spełniać w kuchni, ale skoro coś wyszło smaczne, to niech i ślad po tym jakiś zostanie. A jak to się kończyło? Możecie się domyśleć :) Człowiek - istota niedoskonała - bywa również istotą leniwą, łatwo zapominającą co sobie obiecała. Ja również nie odbiegam daleko od tej marności. Liczę na to, że pomysł bloga, jako mojej kulinarnej książki okaże się dla mnie zbawienny. Skoro coś spiszę i udokumentuję optycznie, to przecież nie zapomnę, gdzie to mam :) Aż takiej sklerozy, to nawet ja jeszcze nie mam.

Zatem pierwszy krok już poczyniłam, zakładając to konto. Kolejnym będzie mój ekshibicjonizm w naturalnej postaci, bo nie tylko o garach zamierzam się produkować.  Wokół jest zbyt wiele ciekawych rzeczy, których w codziennym pędzie często i gęsto nie zauważamy. Ja chcę to zmienić. Chcę siebie zmienić i od jutra, nie, nie od jutra, od dziś zacznę zauważać. Howgh!

Edit 01.02.20014:
Po kilku dniach od utworzenia bloga moja głowa zaczyna domagać się muzyki, więcej muzyki i jeszcze więcej muzyki... Jako że muzyka jest moją drugą pasją, a właściwie tą najpierwszą, to postanowiłam połączyć ją z gotowaniem i od czasu do czasu, w miarę wolnego czasu dodać tu i ówdzie jakąś wzmiankę. Jestem Mamba, Czarna Mamba z iście czarnym charakterem. Muzyka w mojej duszy też gra czarna, lecz  nie mylcie jej z soul'em. Jest czarna bardziej w sensie mroczności. Pewnie większości nie przypadnie do gustu, ale  możecie jej po prostu nie włączać. Muzę wyszukuję wszędzie, gdzie się tylko da. Słucham jej analogicznie, kiedy tylko mam taką możliwość, łącznie z łazienka, gdzie ukochany Pyton zainstalował mi całkiem sensowną wieżę CD. Obiecuję, że nie zawsze to będzie dark wave, czy gothick rock, ale muzyka musi mieć w sobie to coś, co mnie bezsprzecznie porwie...