poniedziałek, 3 lutego 2014

Samosy z sosem tamaryndowym

Samosy to tradycyjne, indyjskie, trójkątne pierożki smażone na głębokim oleju, podawane z wszelakiej maści chutneyami. Nadzienie mają przeważnie warzywne, bardzo intensywnie doprawione przyprawami. Czasami można w nich znaleźć mięso albo ser panir. Kuchnia indyjska bogata jest w potrawy warzywne, zwłaszcza na południu kraju. O ile na północy spożywa się mięso wołowe, jagnięce czy drób, o tyle na południu, gdzie krowa jest święta tego mięsa jada się naprawdę niewiele.


Ja dzisiaj przygotowałam samosy z tym pierwszym nadzieniem. I chociaż może się wydawać dziwnym konsumpcja ziemniaka owiniętego w ciasto, to smak jest bossski. Zresztą daleko szukać nie trzeba. U nas również jadamy to połączenie produktów w postaci pierogów ruskich, tylko na inny sposób doprawionych :)


Składniki:

Na farsz:

  • 3 większe ziemniaki ugotowane w łupinach
  • 1 szklanka groszku zielonego, świeżego
  • 2 posiekane zielone papryczki chili
  • 1 łyżeczka startego korzenia imbiru
  • 3/4 łyżeczki nasion kuminu
  • 1 1/2 łyżeczki kolendry w proszku
  • 3/4 łyżeczki garam masala
  • 1/2 łyżeczki asafetydy
  • 1 1/2 łyżeczki mango w proszku
  • olej do smażenia
  • sól do smaku
Na ciasto:

  • 1 szklanka mąki pszennej, zwykłej
  • 1 łyżka sooji (semolina), można ewentualnie pominąć
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1,5 łyżki oleju 
  • ok 1/3-1/2 szklanki ciepłej wody


Na sos tamaryndowy:

  • 2 łyżki oleju
  • 1 łyżeczka startego imbiru
  • 1/2 łyżeczki pieprzu cayenne
  • 1/2 łyżeczki nasion kopru włoskiego
  • 1/2 łyżeczki asafetydy
  • 1/2 łyżeczki garam masala
  • 3 łyżeczki pasty tamaryndowej
  • 3/4 szklanki cukru trzcinowego, w oryginalnym przepisie powinien zostać użyty cukier jaggery, który jest wykonany z trzciny cukrowej oraz daktyli
  • 2 szklanki wody




Przygotowanie:

Zacznijmy może od przygotowania sosu tamaryndowego, ponieważ redukuję on się dłuższą chwilę.  W rondelku podgrzewamy olej i wsypujemy wszystkie suche przyprawy oraz imbir. Cukru na tym etapie jeszcze nie dodajemy. Chwilkę podsmażamy mieszając i wlewamy wodę, dodajemy pastę tamaryndową oraz cukier. Całość dokładnie mieszamy i jak się zagotuje, powoli gotujemy na małym ogniu od czasu do czasu mieszając, zwłaszcza w końcowym etapie redukcji. Gotowy sos powinien mieć lekko lejącą konsystencję.




Gdy sos nam się redukuje, pora na zagniecenie ciasta. Do miski wsypujemy mąkę, sooji, sól, dolewamy olej i całość mieszamy palcami na sucho. Gdy się porobią małe grudeczki pora na wodę. Dolewajcie jej powoli, nie cała porcja od razu, gdyż nie wiadomo, ile maka jej wchłonie, aby ciasto miało odpowiednią konsystencję. Zagniatamy miękkie i elastyczne ciasto, które zostawiamy pod przykryciem na minimum 15 minut aby odpoczęło.


Ciasto sobie beztrosko leżakuje, zatem możemy przystąpić do zrobienia farszu. Przygotujmy sobie najpierw ziemniaki. Można je albo pokroić w drobną kostkę, albo rozdziabać widelcem. 



Na patelni podgrzewamy olej, dodajemy kumin, imbir i mieszamy przez chwilę. Następnie wrzucamy zielony groszek. Zakładam, że mieliśmy mrożony, więc wcześniej należy go pogotować w małej ilości wody kilka minut. Ma pozostać nadal jędrny. Na groszek sypiemy kolendrę, garam masala, asafetydę i dodajemy zielone, pokrojone chili. Ja nie dodałam, bo potrawa i tak jest bardzo ostra. Mieszamy całość.


Gdy wydobędziemy aromaty z przypraw pora na ziemniaki. Na tym etapie doprawiamy nasz farsz solą i ew. chili w proszku, jeśli nie użyliśmy świeżych papryczek. Podsmażamy 2 minuty mieszając stale i na koniec dodajemy mango, który pięknie wydobędzie aromat wszystkich przypraw i nada lekko kwaskowaty posmak. I to już cała filozofia. Pozostało nam tylko pozawijać samosy i usmażyć na piękny, złocisty kolor. Nie przerażajcie się ogromną ilością przypraw użytych w tym daniu, ale tak właśnie ma być. O zdrowotnym działaniu niektórych przypraw na nasz organizm napiszę przy okazji innego posta.

Tak wygląda gotowy farsz:



Wyciągamy nasze ciasto i jeszcze kilka razy je zagniatamy na blacie. Metod lepienia samosów jest kilka. Ja preferuję wałkowanie każdego placuszka osobno. Zatem Dzielimy ciasto na pół, potem każdą połowę na kolejne pół, aż uzyskamy 16 części. Z każdej z nich robimy kulkę. Poszczególne kulki wałkujemy na cienkie, okrągłe placuszki, podsypując w miarę potrzeby mąką. Ja do tej czynności zawsze używam mąki ryżowej. 






Nie pozostaje nam nic innego, jak usmażyć je na głębokim oleju. Smażymy do zezłocenia, po ok. 2 minuty na każdą stronę. Nadmiar tłuszczu odsączamy na papierowym ręczniku i zajadamy się, ile tylko możemy. Smacznego.





Muzyczny kącik Mamby



Duman – (Dym) turecki zespół rockowy, bardzo klimatyczny moim zdaniem. Kaan Tangöze, który jest jednym z założycieli kapeli i jednoczenie jej wokalistą i gitarzystą, ma cudnie schrypnięty głos i potrafi mnie wprowadzić w specyficzny nastrój.

Ich ostatnia płyta, wydana w 2013 roku pt.” Darmaduman” jest praktycznie cała dobra. Obraz burzą mi dwa utwory, które nie wpisują się w konwencję płyty, ale zważywszy na to, że płyta zawiera aż 13 kawałków i tak maja u mnie bardzo dobry wynik.


Utwór z wcześniejszych lat, który bardzo zapadł mi w głowę.



Oraz coś z ich ostatniej płyty



niedziela, 2 lutego 2014

Dietetyczny chlebek owsiany

Kto z nas nie lubi zjeść na śniadanie pysznego, świeżego chleba? Podejrzewam, że takich osób jest niewiele. Zatem skoro ma być zdrowo i smacznie, to tylko chlebek owsiany, który się piecze bez mąki :)



Składniki:


  • 6-7 czubatych łyżek zmielonych płatków owsianych górskich - nie tych błyskawicznych, bo mają mniejszą zawartość błonnika, możną też wykorzystać otręby, ale ja mam swoją mieszankę zmielonych płatków owsianych i orkiszowych
  • 2 jajka
  • 25 g świeżych drożdży
  • 200 g białego, chudego twarogu
  • 1/2 łyżeczki soli
  • ewentualnie odrobina wody, jeśli będzie taka konieczność 
  • ulubione zioła, np. rozmaryn, tymianek, albo prowansalskie




Przygotowanie:


Wrzucamy do miski ser i rozgniatamy widelcem. Dosypujemy płatki, sól, ew. zioła, wbijamy jajko i całość dokładnie mieszamy. Jeżeli zajdzie taka konieczność, to dolewamy wodę. Ciasto musi mieć konsystencję bardzo gęstej śmietany. Na koniec wkruszamy drożdże i jeszcze raz delikatnie łączymy całość. Przekładamy wszystko do keksówki posmarowanej oliwą - do tego zadania zatrudniam silikonowy pędzelek i delikatnie obsypanej zmielonymi płatkami albo otrębami. Odstawiamy na chwil kilka. W międzyczasie nagrzewamy do 180 stopnie C piekarnik. Gdy będzie nagrzany, wstawiamy chlebek i pieczemy około 50 minut. Można sprawdzić patyczkiem, jak to zazwyczaj robimy z ciastem. Studzimy na kratce i zajadamy się do bólu i bez bólu. Ja go jadam z białym serkiem typu bieluch, pomidorem, garścią rukoli i świeżo zmielonym pieprzem. Do tego kubek aromatycznej imbirowej herbaty i mam zdrowe śniadanie węglowo-białkowe :)



Pizzerina - mini pizza wege z pieczarkami i rukolą

Miałam dzisiaj lepić pierogi z mięsem, miałam... Plany diabli wzięli, gdy jako czerwona twarz wracałam z "odświeżających" zajęć zumby i postanowiłam zaszczycić swą nędzną osobistością pobliski sklep. Normalnie nogi mnie poniosły tam, gdzie mrożone pizze i zapiekanki, pierogi, naleśniki i cała masa obrzydliwie przetworzonych węglowodanów. Miałam w ręku sklepową pizzę, ale to by uwłaczało mej godności osobistej :D Wracając do domu miałam w głowie jedną myśl - pizza.

Jak postanowiłam, tak zrobiłam, ku zdziwieniu męża mego jedynego. Patrzył spode łba, jak wyciągam robota kuchennego. Nijak nie kleił mu się z pierogami, ale w końcu to nie szkoła, gdzie zajęcia są z góry ustalone bez większych zmian. Zatem robię, wystawiam, szykuję, planuję. Ba, zdjęcia robię, co by udokumentować całą marność swą kulinarną i w momencie, kiedy chcę sfotografować ostatnią wersję pizzy przed wstawieniem do pieca co widzę? No card... Ekhm... popstrykałam kilka zdjęć... Zdarza się... Dokumentacja będzie tym razem skromna, ale i prace nieskomplikowane na szczęście :) Naszą pizzę, właściwie mini pizze odchudziłam z lekka. Użyłam mąki żytniej a tłusty żółty ser zastąpiłam prawie w połowie mozzarellą, która ma zaledwie 10% tłuszczu.



Składniki:

na ciasto:

  • 1,5 szklanki mąki - dzisiaj użyłam żytniej (troszkę więcej wrobiłam), normalnie robię z pszennej
  • 0,5 szklanki lekko ciepłej, przegotowanej wody
  • 3 dkg drożdży
  • 1,5 łyżki oliwy (może być olej)
  • 0,5 łyżeczki soli
  • 0,5 łyżeczki cukru
  • zioła do smaku, ale niekoniecznie - dzisiaj dodałam 0,5 łyżeczki bazylii i po ćwierci oregano i tymianku


na sos:

  • puszka pomidorów krojonych - takie używam zimą, chociaż dzisiaj dodałam świeże, znalazłam 3 nader dojrzałe osobniki
  • 3 starte lub przeciśnięte przez praskę ząbki czosnku
  • 0,5 łyżeczki bazylii
  • 0,5 łyżeczki oregano
  • sól do smaku, ew. pieprz
dodatki:

  • 30-40 dkg pieczarek
  • 2 średnie cebule
  • garść pokrojonej grubo rukoli (niekoniecznie)
  • sól do smaku
  • pieprz do smaku
  • ser do posypania - dzisiaj kostka 125 g mozzarelli + jakieś 150 g żółtego sera
  • olej lub oliwa do smażenia - około 3 łyżek
Przygotowanie:

Zaczynamy od ciasta. Wszystkie składniki powinny mieć temperaturę pokojową, zatem należy je ew. wyjąć z lodówki chwilę wcześniej. Wodę mieszamy z drożdżami. Pozostałe składniki ciasta wsypujemy do miski, mieszamy lekko, dolewamy wodę z drożdżami i miksujemy przez chwilę. Jak już składniki się połączą, wyjmujemy i zagniatamy jeszcze chwile ciasto na blacie. Odkładamy do miski, przykrywamy lnianą/bawełnianą ściereczką i niech nam rośnie zdrowo w jakimś ciepłym miejscu.

Gdy ciasto stara się ze wszelakich sił podwoić swoją objętość, my możemy zająć się tym, co ma je otulić. Pomidory wrzucamy do rondelka. Jeśli mamy surowe, to po wcześniejszym sparzeniu trzeba je oskalpować i pokroić na kawałki. Najprościej skalp zdejmujemy wycinając gniazdo nasienne i nacinając pomidor na grzbiecie na krzyż. Wrzucamy na kilkanaście sekund do wrzącej wody, szybko chłodzimy w lodowatej i skórka sama nam schodzi, jak nie przymierzając inne znane nam historie :P Dodajemy pozostałe składniki i dusimy na wolnym ogniu aż odparuje woda, od czasu do czasu mieszając. Sami poczujecie, kiedy sos będzie gotowy. Ma się nie przypalać, a być jednocześnie zwarty.

Zatem sos nam się pyrkocze powoli. Im bliżej końca, będzie wydawał co raz dziwniejsze dźwięki, ale to norma. My musimy skupić się na wierzchniej warstwie. Zatem oliwa na patelnię, na to drobno posiekana cebulka i po kilku minutach karmelizowania dodajemy starte na grubej tarce pieczary. Wredoty puszcza wodę, ale zwiększenie gazu zminimalizuje ten efekt. Mieszać trzeba często a na koniec doprawić solą i pieprzem. Włączamy piekarnik, żeby się równo nagrzał. Jeśli jest taka opcja, to termoobieg i 225 stopni C.




Gdy ciasto już urośnie zgodnie z naszymi oczekiwaniami, bierzemy je w garść i kilka razy memłamy na blacie. Jeśli jest taka potrzeba, to podsypujemy mąką. Po takiej pieszczocie będzie, a przynajmniej powinno być bardziej pulchne. Dzielimy na 4 części - może też być jedna większa blaszka. Formujemy posługując się wałkiem i ew. mąką., przekładamy na blachę wyłożoną papierem. Dajemy chwilkę odpocząć, nakładamy sos, pieczarki z cebulą, rukolę i ser. Wstawiamy do nagrzanego piekarnika i kontrolujemy czas. Około 15 minut. Patrzymy na ser, jak będzie przypieczony lekko, to pizza powinna być gotowa. Innym razem podam specjalne metody wypiekania pizzy domowym sposobem. Smacznego :)



Muzyczny kącik Mamby


Skoro pizza/pizzerina to Włochy. Skoro Włochy to na dzień dzisiejszy Lord Vampyr czyli Alessandro Nunziati we własnej osobie. Koleś o wielkiej mocy przerobowej, miotający się pomiędzy wieloma projektami, oscylującymi pomiędzy symphonic black metal, muzyką klasyczną, operą, darkwave, deathrock i gothik rock a nawet industrialne podgatunki. Chociaż jest ogromna rozbieżność, to teksty, melancholijna atmosfera i style wokalne nadal są bliskie gotyckiemu metalowi i wapirycznemu obrazowi Lorda ;)

Ostatnia płyta Gothika Vampyrika Heretika rozłożyła mnie na łopatki, zwłaszcza tytułowym kawałkiem, chociaż nie tylko. Sami oceńcie.


sobota, 1 lutego 2014

Schab pieczony pod pieczarkowo-marchewkową pierzynką

Zima za oknem hula na całego i nie chce odpuścić. Dzisiaj co prawda świeciło nawet piękne słońce, ale gdy tylko zaszło za chmury, spacer stał się tak nieprzyjemny, jak przez ostatnie kilka dni. Gdy za oknem zimno i buro, ciało domaga się treściwej strawy. Szanuję je, więc sprzeciwiać się nie zamierzałam :)
Po rozgrzewającym rosole, który popełniłam dzisiaj na czas "po spacerze", przyszła kolej na danie główne i to nie byle jakie, bo pieczony schabik. Zarówno prostota tego dania, jak i jego obłędny smak, od lat powodują, że potrawa powraca na nasz stół regularnie. Może nie jest jakoś zabójczo zdrowa, ba, rzekłabym nawet, że całkiem kaloryczna, ale popadanie w skrajności nigdy nie wychodzi nam na zdrowie. raz na jakiś czas można zaszaleć. Danie raz spróbowane, pozostawia po sobie niezapomniane wrażenia smakowe a połączenie słodkiej marchewki z pieczarkami, cebulą i majonezem, doprowadza mnie do kulinarnego orgazmu. Kto nie spróbuje, nie będzie wiedział, o czym piszę.





Składniki:
  • schab środkowy 8-10 kotletów
  • 0,5 - 0,7 kg pieczarek
  • 2 duże cebule
  • 2-3 marchewki 
  • 1/3 - 1/2 słoika majonezu
  • olej lub oliwa do smażenia - około 3-4 łyżek
  • sól do smaku
  • pieprz do smaku 
Przygotowanie:


Cebulę kroimy w kostkę, pieczarki obieramy a jeśli są zamknięte, to możemy umyć pod bieżącą wodą i użyć bez obierania. Marchew trzemy na tarce o dużych oczkach. Rozgrzewamy na patelni tłuszcz - ja użyłam oleju rzepakowego tłoczonego na zimno. Gdy będzie ciepły, dodajemy pokrojoną w kostkę cebulę i podsmażamy aż się lekko skarmelizuje. Dodajemy pieczarki i lekko zwiększamy gaz. Pieczarki na małym ogniu puszczą mnóstwo wody. Smażymy często mieszając. Gdy woda odparuje doprawiamy solą i pieprzem.



W międzyczasie rozbijamy kotlety lekko tłuczkiem i układamy na wyłożonej folią aluminiową blasze od piekarnika, lub w płaskim naczyniu żaroodpornym. Możemy użyć również piersi kurczaka bądź indyka, jeśli wolimy danie bardziej dietetyczne, lub jeśli względy religijne nie pozwalają nam na bliższe zaprzyjaźnienie się ze świnką. Z kurczakiem danie jest delikatniejsze i bardziej miękkie. dzieci chętniej wchłaniają właśnie ptaszynę. Mięso delikatnie pieprzymy, najlepiej świeżo zmielonym pieprzem. Wykładamy na nie warstwę pieczarkowo-cebulową, dodajemy startą marchewkę. Nie bójcie się sypnąć jej obficie, nie pożałujecie smaku. Na koniec kładziemy kleks majonezowy i delikatnie go rozsmarowujemy. Nie trzeba go dawać na całą porcję mięsa. Na 10 niedużych kotletów zużyłam pół słoika. Nie obawiajcie się. Większość tłuszczu się wytapia i zostaje na blasze. Mięso piecze się w tym tłuszczyku i dlatego jest bardzo aromatyczne. Ale gdy sięgacie po porcję, nie ocieka ona tłuszczem. Warto użyć majonezu dobrej jakości. Biedronkowy Splendido się nie nadaje, cały się rozpuszcza i nie pozostawia przypieczonej warstwy. Mikado z Lidla jest ok, może poza E 385 (sól wapniowo-disodowa EDTA) w składzie, ale to akurat ma też każdy inny poza jednym, jaki udało mi się znaleźć na rynku, czyli majonez Kielecki. Jeśli przykładacie uwagę do zdrowia, to polecam stosowanie właśnie tego majonezu. W składzie nie ma nic innego, poza składnikami naturalnymi, ale niestety jest trudno dostępny.



Zatem gdy mamy już pięknie przyozdobione nasze mięsiowo, pora wstawić je na 3 zdrowaśki do pieca. Pieczemy około 30 minut, aż majonezowa skórka się zetnie i nabierze koloru. Piekarnik nagrzany na 180-190 stopni C. Jeśli używamy termoobiegu, należy pamiętać, że podwyższa od temperaturę pieczenia o około 20 stopni C.

Schabik najlepiej smakuje w towarzystwie pieczonych ziemniaków, ale dzisiaj nie pokusiłam się o tak duża perwersję :) Było kalorycznie, owszem, ale zamiast z ziemniakami zjadłam z sałatą z rukoli. Takie połączenie produktów jest zgodne z Dietą Montignac, której podstawową zasadą jest zasada nie łączenia pewnych grup produktów. Ten posiłek jest białkowo tłuszczowy, zatem nie dołączyłam do niego zgubnych węgli. Nie stosuje tej diety, natomiast jej ideologia jest mi w pewien sposób bliska, bo przemawia do mnie. Kiedy mam taką możliwość, staram się unikać łączenia węgli z tłuszczami. Zdrowie na tym korzysta.
Wam również życzę zdrowia i mam nadzieję, że potrawa zasmakuje tak samo, jak nam :)



Kącik muzyczny Mamby



Dzisiejsze gotowanie upływa mi pod hasłem „Madness of the Night”. Moje wspaniałe odkrycie ostatnich dni. Właściwie to Pytona, ale w sumie mogę pójść na kompromis i dołączyć się do odkrycia. Od pierwszych dźwięków płyty wiedziałam, że ta muzyka wstrząśnie mną dogłębnie. Gęsia skórka pojawiała się co chwila, a to oznacza, że całe moje ciało chłonęło dźwięki. Nie jestem tylko bezdusznym sykaczem. Bez muzyki życie nie miałoby sensu.

Rozpoczęłam dogłębny research w necie w celu zdobycia informacji na temat zespołu, ale jest ich dosłownie garstka i tylko na stronach anglojęzycznych. W sumie nie zdziwiłam się nawet, bo nie mam najlepszego zdania na temat naszego rodzimego rynku muzycznego i całej papki serwowanej nam przez media typu radio, tv. Po tym, co znalazłam i muzyka i piosenkarka stali się mi bliżsi, zatem kilka zdań o nich.

Madness of the Night tworzy para muzyków: Daniel Dante ze Szwecji i Abir Lillman/Blackshadow pochodząca z Bejrutu, z Libii, obecnie mieszkająca również w Szwecji. Zespół gra gotycki rock/dark wave z elementami muzyki pankowej lat '80-tych. Daniel wcześniej brał udział w kilku projektach muzycznych. Z kolei Abir nie miała lekko w drodze do kariery muzycznej. W Libanie miała bardzo trudne dzieciństwo i okres nastoletni. Wychowywano jaąbyła twardą ręką, w zamkniętej kulturze arabskiej. Jako ateistka i feministka z rockową duszą nigdy nie została zaakceptowana ani przez kraj i społeczeństwo, ani przez rodzinę. Z tego powodu była również wielokrotnie prześladowana. Zaczęła tworzyć muzykę w wieku 22 lat. Jej pierwsza piosenka nosi tytuł „Rape Stories Part One” - Historie gwałtu część pierwsza, gdzie przedstawione są prawdziwe wydarzenia. Wszystkie jej utwory zostały wydane w niskobudżetowej wytwórni. Często współpracowała również z muzykami, którzy kontrolowali to, co tworzyła oraz treści utworów. Nie pozwoliło to rozwinąć się jej tak, jakby tego chciała. Mimo wszystko starała się zaistnieć na scenie muzycznej, ale jak zapewne łatwo się domyśleć w kraju, gdzie nadal rządzą mężczyźni zadanie nie należało do łatwych, zwłaszcza z jej gustem muzycznym - obecny styl muzyczny, który sobą reprezentuje, odzwierciedlał przekonania muzyczne, których do końca nie mogła uzewnętrznić w Libanie.

Cały ten mobbing i molestowanie sprawiły, że zaczęła poszukiwać kontaktów w internecie. Poznała tam swojego obecnego męża i partnera muzycznego Daniela Dante. Kontaktowali się poprzez pewien portal związany z muzyką i ich znajomość co raz bardziej się zacieśniała. Łączyło ich na tyle dużo wspólnych rzeczy, że Daniel przyjechał do Bejrutu, a z czasem pomógł Abir przenieść się do Szwecji i rozpocząć nowe życie. Historia cała kończy się dobrze. Mają wiele wspólnych zainteresowań, nawiązuje się uczucie a wraz z nim doskonała muzyka.

Pierwsza płyta, którą wydali nosi tytuł „ The Asgarda”. Słowa piosenek, które znalazły się na niej, nawiązują do przeszłości Abir, spędzonej w Bejrucie, do obserwacji poczynionych w tym czasie. Trzeba się wsłuchać w każdą z nich, bo są tego naprawdę warte.

The Theater of Life – Mesraheyat Al Hayat - utwór wykonywany w rodzimym języku Abir nadaje płycie smaku i tajemniczości. Z racji nieznajomości powyższego, nie jestem w stanie stwierdzić, o czym jest ta piosenka, ale bez dwóch zdań należy jej wysłuchać.





Oppression – utwór dwukrotnie wykonany na płycie, w dwóch odmiennych wersjach, każda doskonała. Skierowany jest do kobiet, aby zerwały łańcuch strachu, jakim są skute przez społeczeństwo (domyślam się, że głównie chodzi o świat arabski). Do kobiet, które są w depresji, ponieważ żyją w świecie pełnym przemocy. Cała piosenka jest protestem przeciwko uciskowi w imię religii, ideologii i kultury. Ale posłuchajcie sami.