Zima za oknem hula na całego i nie chce odpuścić. Dzisiaj co prawda świeciło nawet piękne słońce, ale gdy tylko zaszło za chmury, spacer stał się tak nieprzyjemny, jak przez ostatnie kilka dni. Gdy za oknem zimno i buro, ciało domaga się treściwej strawy. Szanuję je, więc sprzeciwiać się nie zamierzałam :)
Po rozgrzewającym rosole, który popełniłam dzisiaj na czas "po spacerze", przyszła kolej na danie główne i to nie byle jakie, bo pieczony schabik. Zarówno prostota tego dania, jak i jego obłędny smak, od lat powodują, że potrawa powraca na nasz stół regularnie. Może nie jest jakoś zabójczo zdrowa, ba, rzekłabym nawet, że całkiem kaloryczna, ale popadanie w skrajności nigdy nie wychodzi nam na zdrowie. raz na jakiś czas można zaszaleć. Danie raz spróbowane, pozostawia po sobie niezapomniane wrażenia smakowe a połączenie słodkiej marchewki z pieczarkami, cebulą i majonezem, doprowadza mnie do kulinarnego orgazmu. Kto nie spróbuje, nie będzie wiedział, o czym piszę.
Składniki:
- schab środkowy 8-10 kotletów
- 0,5 - 0,7 kg pieczarek
- 2 duże cebule
- 2-3 marchewki
- 1/3 - 1/2 słoika majonezu
- olej lub oliwa do smażenia - około 3-4 łyżek
- sól do smaku
- pieprz do smaku
Cebulę kroimy w kostkę, pieczarki obieramy a jeśli są zamknięte, to możemy umyć pod bieżącą wodą i użyć bez obierania. Marchew trzemy na tarce o dużych oczkach. Rozgrzewamy na patelni tłuszcz - ja użyłam oleju rzepakowego tłoczonego na zimno. Gdy będzie ciepły, dodajemy pokrojoną w kostkę cebulę i podsmażamy aż się lekko skarmelizuje. Dodajemy pieczarki i lekko zwiększamy gaz. Pieczarki na małym ogniu puszczą mnóstwo wody. Smażymy często mieszając. Gdy woda odparuje doprawiamy solą i pieprzem.
W międzyczasie rozbijamy kotlety lekko tłuczkiem i układamy na wyłożonej folią aluminiową blasze od piekarnika, lub w płaskim naczyniu żaroodpornym. Możemy użyć również piersi kurczaka bądź indyka, jeśli wolimy danie bardziej dietetyczne, lub jeśli względy religijne nie pozwalają nam na bliższe zaprzyjaźnienie się ze świnką. Z kurczakiem danie jest delikatniejsze i bardziej miękkie. dzieci chętniej wchłaniają właśnie ptaszynę. Mięso delikatnie pieprzymy, najlepiej świeżo zmielonym pieprzem. Wykładamy na nie warstwę pieczarkowo-cebulową, dodajemy startą marchewkę. Nie bójcie się sypnąć jej obficie, nie pożałujecie smaku. Na koniec kładziemy kleks majonezowy i delikatnie go rozsmarowujemy. Nie trzeba go dawać na całą porcję mięsa. Na 10 niedużych kotletów zużyłam pół słoika. Nie obawiajcie się. Większość tłuszczu się wytapia i zostaje na blasze. Mięso piecze się w tym tłuszczyku i dlatego jest bardzo aromatyczne. Ale gdy sięgacie po porcję, nie ocieka ona tłuszczem. Warto użyć majonezu dobrej jakości. Biedronkowy Splendido się nie nadaje, cały się rozpuszcza i nie pozostawia przypieczonej warstwy. Mikado z Lidla jest ok, może poza E 385 (sól wapniowo-disodowa EDTA) w składzie, ale to akurat ma też każdy inny poza jednym, jaki udało mi się znaleźć na rynku, czyli majonez Kielecki. Jeśli przykładacie uwagę do zdrowia, to polecam stosowanie właśnie tego majonezu. W składzie nie ma nic innego, poza składnikami naturalnymi, ale niestety jest trudno dostępny.
Zatem gdy mamy już pięknie przyozdobione nasze mięsiowo, pora wstawić je na 3 zdrowaśki do pieca. Pieczemy około 30 minut, aż majonezowa skórka się zetnie i nabierze koloru. Piekarnik nagrzany na 180-190 stopni C. Jeśli używamy termoobiegu, należy pamiętać, że podwyższa od temperaturę pieczenia o około 20 stopni C.
Schabik najlepiej smakuje w towarzystwie pieczonych ziemniaków, ale dzisiaj nie pokusiłam się o tak duża perwersję :) Było kalorycznie, owszem, ale zamiast z ziemniakami zjadłam z sałatą z rukoli. Takie połączenie produktów jest zgodne z Dietą Montignac, której podstawową zasadą jest zasada nie łączenia pewnych grup produktów. Ten posiłek jest białkowo tłuszczowy, zatem nie dołączyłam do niego zgubnych węgli. Nie stosuje tej diety, natomiast jej ideologia jest mi w pewien sposób bliska, bo przemawia do mnie. Kiedy mam taką możliwość, staram się unikać łączenia węgli z tłuszczami. Zdrowie na tym korzysta.
Wam również życzę zdrowia i mam nadzieję, że potrawa zasmakuje tak samo, jak nam :)
Kącik muzyczny Mamby
Kącik muzyczny Mamby
Dzisiejsze gotowanie upływa mi pod
hasłem „Madness of the Night”. Moje wspaniałe odkrycie
ostatnich dni. Właściwie to Pytona, ale w sumie mogę pójść na kompromis i dołączyć się do odkrycia. Od pierwszych dźwięków płyty wiedziałam, że ta
muzyka wstrząśnie mną dogłębnie. Gęsia skórka pojawiała się
co chwila, a to oznacza, że całe moje ciało chłonęło dźwięki.
Nie jestem tylko bezdusznym sykaczem. Bez muzyki życie nie miałoby sensu.
Rozpoczęłam dogłębny research w necie w celu zdobycia informacji na
temat zespołu, ale jest ich dosłownie garstka i tylko na stronach
anglojęzycznych. W sumie nie zdziwiłam się nawet, bo nie mam
najlepszego zdania na temat naszego rodzimego rynku muzycznego i
całej papki serwowanej nam przez media typu radio, tv. Po tym, co
znalazłam i muzyka i piosenkarka stali się mi bliżsi, zatem kilka
zdań o nich.
Madness of the Night tworzy para
muzyków: Daniel Dante ze Szwecji i Abir Lillman/Blackshadow
pochodząca z Bejrutu, z Libii, obecnie mieszkająca również w
Szwecji. Zespół gra gotycki rock/dark wave z elementami muzyki
pankowej lat '80-tych. Daniel wcześniej brał udział w kilku
projektach muzycznych. Z kolei Abir nie miała lekko w drodze do
kariery muzycznej. W Libanie miała bardzo trudne dzieciństwo i
okres nastoletni. Wychowywano jaąbyła twardą ręką, w zamkniętej
kulturze arabskiej. Jako ateistka i feministka z rockową duszą
nigdy nie została zaakceptowana ani przez kraj i społeczeństwo,
ani przez rodzinę. Z tego powodu była również wielokrotnie
prześladowana. Zaczęła tworzyć muzykę w wieku 22 lat. Jej
pierwsza piosenka nosi tytuł „Rape Stories Part One” - Historie
gwałtu część pierwsza, gdzie przedstawione są prawdziwe wydarzenia. Wszystkie jej utwory zostały wydane w niskobudżetowej
wytwórni. Często współpracowała również z muzykami, którzy
kontrolowali to, co tworzyła oraz treści utworów. Nie
pozwoliło to rozwinąć się jej tak, jakby tego chciała. Mimo
wszystko starała się zaistnieć na scenie muzycznej, ale jak
zapewne łatwo się domyśleć w kraju, gdzie nadal rządzą
mężczyźni zadanie nie należało do łatwych, zwłaszcza z jej
gustem muzycznym - obecny styl muzyczny, który sobą
reprezentuje, odzwierciedlał przekonania muzyczne, których do końca
nie mogła uzewnętrznić w Libanie.
Cały ten mobbing i molestowanie
sprawiły, że zaczęła poszukiwać kontaktów w internecie. Poznała tam swojego obecnego męża i partnera muzycznego Daniela Dante. Kontaktowali się poprzez pewien portal związany z muzyką i ich znajomość co raz bardziej się zacieśniała. Łączyło ich na tyle
dużo wspólnych rzeczy, że Daniel przyjechał do Bejrutu, a z
czasem pomógł Abir przenieść się do Szwecji i rozpocząć nowe
życie. Historia cała kończy się dobrze. Mają wiele wspólnych
zainteresowań, nawiązuje się uczucie a wraz z nim doskonała
muzyka.
Pierwsza płyta, którą wydali nosi
tytuł „ The Asgarda”. Słowa piosenek, które znalazły się na
niej, nawiązują do przeszłości Abir, spędzonej w Bejrucie, do
obserwacji poczynionych w tym czasie. Trzeba się wsłuchać w każdą
z nich, bo są tego naprawdę warte.
The Theater of Life – Mesraheyat Al
Hayat - utwór wykonywany w rodzimym języku Abir nadaje płycie
smaku i tajemniczości. Z racji nieznajomości powyższego, nie
jestem w stanie stwierdzić, o czym jest ta piosenka, ale bez dwóch
zdań należy jej wysłuchać.
Oppression – utwór dwukrotnie
wykonany na płycie, w dwóch odmiennych wersjach, każda doskonała.
Skierowany jest do kobiet, aby zerwały łańcuch strachu, jakim są
skute przez społeczeństwo (domyślam się, że głównie chodzi o
świat arabski). Do kobiet, które są w depresji, ponieważ żyją w
świecie pełnym przemocy. Cała piosenka jest protestem przeciwko
uciskowi w imię religii, ideologii i kultury. Ale posłuchajcie
sami.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz